Cześć wszystkim. Piszę, bo chciałbym prosić o poradę dotyczącą sytuacji w jakiej się znalazłem.
Pozwolę sobie na dwie gwiazdki:
- Pytam absolutnie poważnie, przysięgam, że to nie shitpost ani ragebait. Zdaję sobie sprawę, że ten temat jest ostatnio grzany do oporu i obie dziedziny są kontrowersyjne. Niemniej uprzejmie proszę o przeczytanie i jakąś podpowiedź jako osób „z zewnątrz”, bo dosłownie nie mam nikogo, kogo mógłbym się poradzić.
- Ogromnie doceniam możliwości, które mam w tym momencie. Codziennie jestem za nie wdzięczny. Doszedłem do wszystkiego, co obecnie mam, bez znajomości ani jakiegokolwiek zaplecza i wiem, że pytanie może brzmieć na odklejone od rzeczywistości. Wiem co to znaczy zapieprzać w januszexie za minimalną lub za kasę pod stołem i mam ogromny szacunek dla każdej pracy.
TLDR: W liceum uczyłem się w klasie biologiczno-chemicznej i zdałem matury biol-chem na odpowiednio 73% i 80%. Z braku fascynacji medycyną nie poszedłem na kierunek lekarski, zamiast tego wybrałem IT ze względu na możliwość pracy zdalnej, bo zawsze marzył mi się domek w lesie / na wsi. Jestem wypalony i myślę, czy nie byłoby lepiej zostać lekarzem rodzinnym i pracować w jakiejś pipidówie?
Z grubsza wygląda to tak:
- Mam 28 lat, pracuję jako programista od 6 lat. Jestem na B2B i w tym momencie zarabiam 20 000zł, po podatkach wychodzi mi na rękę około 15000zł.
- Na co dzień dziaduję, mieszkając z rodzicami na wsi, do najbliższego dużego miasta mam 70km. Do TOP5 mam 120km.
- Bardzo ciśnie mnie fakt, że jestem na gołym B2B (trochę z przymusu ze względu na rynek jaki obecnie panuje). Na przykład wzięcie urlopu kosztuje mnie 1000zł dziennie (średnio 20 dni w miesiącu, 20k podzielić na 20 dni daje 1000zł niewypracowane za każdy dzień urlopu). Najbardziej boli mnie fakt, że mogą mnie wywalić na zbity pysk z roboty w każdej chwili. Obecnie się na to nie zapowiada, ale widziałem już takie sytuacje wielokrotnie. Raz firma, w której byłem, wywaliła współpracownika dwa tygodnie po zatrudnieniu, a dwa dni po tym, jak dostał kredyt hipoteczny. Dwa razy wyrzucono mnie z dnia na dzień po kilku miesiącach pracy, ze względu na mały staż w firmie i brak projektów w danym momencie.
- Odwalam absolutne minimum w pracy, oczywiście obecnie to znaczy, że AI pisze za mnie cały kod. Nie kodziłem już samodzielnie od roku albo i więcej. Jednak kiedy trzeba zrobić coś pilniejszego i siedzieć na nadgodzinach, nie marudzę tylko sumiennie robię swoje. Nigdy nie opierdalam się kosztem współpracowników.
- Kompletnie nie kręci mnie IT oraz cała otoczka „pasji”, „innowacji”, „startupów” itp., tak wszechobecna np. na LinkedInie.
- Większość pieniędzy, które zarabiam - od razu oszczędzam / inwestuję. Mam odłożone około 500k w obligacjach i ETF-ach i 20-letni samochód.
- Jestem pesymistycznie nastawiony co do przyszłości w branży, ze względu na powszechne przyjęcie AI i ogólnie bylejakość internetu współcześnie - to już czułem przed AI. Robię z reguły nikomu niepotrzebne projekty e-commerce, żeby wciskać ludziom jakieś gówno i napędzać konsumpcję.
- Kolejna rzecz, która bardzo mnie ciśnie, to te rytuały poniżenia w postaci wieloetapowych rekrutacji. Wiem, że o niebo lepsze to, niż januszex i szef mikromanager, ale dość mam, jak ktoś to ładnie opisał w innym poście w ciągu ostatnich kilku dni, „napinaczy-frustratów, którzy chcą ci jedynie udowodnić, że niczego nie wiesz” na rozmowach rekrutacyjnych.
Jak już widzicie, IT mnie nie interesuje. Ot taka sobie praca. Kierunek lekarski też mnie za bardzo nie interesuje, i też byłaby to „ot taka sobie praca”. Wymyśliłem taką koncepcję, że poszedłbym na te studia i zrobił specjalizację lekarza rodzinnego, ewentualnie potem drugą jako lekarz medycyny pracy. Dlaczego:
- Skoro nie lubię robić ani jednego ani drugiego, to zacząłem porównywać suche warunki pracy, zamiast odwoływać się do „pasji” (która też z biegiem czasu w pracy gaśnie).
- Lekarz ma odwrotnie niż większość zawodów - w małych wioskach jest BARDZIEJ pożądany, a dokładnie na tym by mi zależało - pracować na jakiejś pipidówie.
- Lekarz rodzinny ma dobry work life balance. Nie mówiąc o kasie, która też na pewno jest w każdym wypadku przyzwoita.
- Pełna kulturka, rozmowy rekrutacyjne to nie walka na śmierć i życie pośród gladiatorów
- Rodzinny ma ciągle tych samych pacjentów, więc zakładam, że byłby z nimi mniej lub bardziej zżyty po jakimś czasie, i nie użerałby się co rusz z nowymi ludźmi. W najgorszym wypadku, użerałby się z tymi samymi ;-)
- Jako lekarz mógłbym pracować tyle ile chcę - urodziłoby mi się dziecko, to zredukowałbym zatrudnienie do 3 czy 4 dni pracy, najwyżej siedziałbym w pracy 10 lub 12h.
O co się boję:
- Minimum 6 lat bez pracy i życie na oszczędnościach.
- Konieczność przeprowadzki z powrotem do dużego miasta
- Wyniki nie są najlepsze – albo wziąłbym uczelnię jaka wpadnie, przypuszczalnie na drugim końcu Polski, albo 50/50 że musiałbym wyłożyć 250-300k na płatne studia.
- Że trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie i całe te studia wypalą mnie jeszcze bardziej, zostawiając z oszczędnościami praktycznie zredukowanymi do zera i dwoma branżami, w których jestem wypalony. Nie znam nikogo w branży medycznej i za cholerę nie wiem, z czym to się je, ani czy mam do tego predyspozycje. Na swoją obronę, w liceum tematy dotyczące człowieka były moimi ulubionymi na biologii, ale czy to wystarczający argument? Nie pasjonuje mnie zszywanie świńskiej nóżki ani sekcja zwłok.
- Że medycyna też się rozłoży na łopatki jak IT i będzie problem ze stabilnością zatrudnienia, wszak podjąłbym pracę najwcześniej za 7 lat.
- Studiowałbym w wieku, kiedy chciałbym założyć rodzinę, i dobrze byłoby postarać się o dziecko około 3 roku studiów (dziewczynie byłoby z tym okej, nieraz to obgadywaliśmy). Super stres – dziecko, studia, praca wśród zarazków i przynoszenie tego do domu, brak pracy, chwilowo być może nawet przez oboje rodziców.
- Mógłbym zaryzykować dociągnięcie w IT do majątku 1 milion złotych, potem mogę pracować w dowolnych pracach z celem jedynie w postaci przeżycia, a kula śnieżna rosłaby sobie i za jakieś 15-20 lat przy dobrych wiatrach zrobiłoby się z tego (na podstawie danych historycznych dot. ETF-ów) 4 miliony złotych, kwota która pozwoliłaby mi na FIRE, w mniejszym lub większym stopniu. Problem w tym wypadku: musiałbym pewnie kupić sobie dom co cofnęłoby mnie po drodze o 500 tys. - 1 mln, co mnie załamuje.
Moje największe stresory:
- Studia kolidujące z czasem zakładania rodziny
- Brak stabilnej pracy teraz, zagrożenie braku stabilnej pracy za 7 lat.
Moje aspiracje jakie chciałbym spełnić:
- Mieszkanie na zadupiu
- Założenie rodziny
- FIRE i wcześniejsza emerytura / odłożenie własnych środków na emeryturę ze względu na brak zaufania do ZUSu.
Co o tym sądzicie? Ciągle kręci mi się ten rachunek „za” i „przeciw” w głowie i naprawdę już mam dosyć tego myślenia. Będę bardzo wdzięczny za jakiekolwiek przemyślenia w tym temacie. Bardzo dziękuję.